W połowie stycznia br. ujawniono, że z funduszu operacyjnego Centralnego Biura Antykorupcyjnego zniknęły miliony złotych. Zatrzymano księgową, a całą sprawę próbowano bagatelizować. Portal sluzbyspecjalne.com dotarł do kulisów tej bulwersującej afery. Otóż kradzież w funduszu operacyjnym została odkryta w CBA już ponad 3 lata temu. Ówczesny szef CBA Ernest Bejda kazał sprawę zamieść pod dywan, raport na temat nieprawidłowości schować, a tego, kto go sporządził awansować na prestiżowe stanowisko, aby milczał.

Jak Bejda polując na Wojtunika, złapał się za rękę

Pierwszego 1 grudnia 2015 r., ówczesna premier Beata Szydło powierzyła Ernestowi Bejdzie pełnienie obowiązków Szefa CBA. Bejda to prawnik bez wiedzy i wyszkolenia służb specjalnych. Był zastępcą Mariusza Kamińskiego w CBA w latach 2006-2009, co było jego jedynym kapitałem wiedzy na temat służb.

Kryterium doboru współpracowników przez Bejdę było wyłącznie polityczne i towarzyskie. „Ernest zaczął zajmować się bezpośrednio zatrudnianiem funkcjonariuszy do poszczególnych jednostek Biura. Co gorsza, przywracał on do służby ludzi, wobec istniało uzasadnione podejrzenie, że – delikatnie mówiąc – uchybili oni ślubowaniu i etyce funkcjonariusza CBA. Do służby wróciły również osoby, które zostały przez Pawła Wojtunika zawieszone w czynnościach i wobec których toczyły się czynności o usunięcie dyscyplinarne ze służby”.

Oprócz tego zlecił audyt. Chodziło o sprawdzenie  wydatkowania pieniędzy z niejawnego budżetu CBA, związanego z funduszem operacyjnym, ale nie tylko. Interesowały go wszystkie decyzje podejmowane przez Pawła Wojtunika i jego ludzi.

W tym celu Bejda powołał specjalną grupę osób, które mają wykonać audyt. Na jej czele staje były funkcjonariusz delegatury CBA we Wrocławiu, Mariusz P. (prawdziwe dane znane redakcji). Zaczęła się drobiazgowa kontrola prawidłowości decyzji finansowych podejmowanych przez poprzednie kierownictwo CBA.

Ustalenia ludzi Bejdy miały zostać oficjalne udokumentowane w postaci raportu i przedstawione dla ministra koordynatora służb specjalnych, Mariusza Kamińskiego.

Pierwsza część kontroli trwa kilka miesięcy. Jednak jej ustalenia nie przypadły do gustu Bejdzie. Nie udało się „przylepić” Wojtunikowi „łatki bandyty”, ale co ważniejsze ciężko mu było cokolwiek udowodnić. Ustalenia kontroli nie spodobały się Bejdzie. Wtedy właśnie rozpoczęła się historia „znikającego funduszu operacyjnego”.

W październiku 2016 r. na spotkaniu w gabinecie Bejdy spotykali się jego najbardziej zaufani funkcjonariusze. Podczas tego spotkania przedstawione zostały ustalenia z wyników audytu funduszu operacyjnego. Wojtunikowi nie udało się niczego udowodnić, ale okazało się, że kradzieże mają miejsce za rządów Bejdy!

W wyniku ustaleń specgrupy Bejda dowiedział się, że w kasie CBA brakuje… 12,7 miliona zł, a za jej defraudacje odpowiedzialne są osoby, które są z nim blisko powiązane! Pieniądze te zniknęły w ciągu ostatnich kilku miesięcy, czyli po tym, jak szefem CBA został Bejda.

Fot: YouTube

Zamiatanie kradzieży pod dywan.

Środki wydatkowane z funduszu operacyjnego są jedynymi z niewielu w służbach specjalnych, za które odpowiada jednoosobowo Szef Służby. Co prawda może on zlecić ich nadzór dla jednego ze swoich zastępców, ale w takim wypadku musi on sprawować nadzór nad tym właśnie zastępcą.

Bejda na jesieni 2016 r. miał problem: co zrobić z ludźmi, którzy dokonywali czynności kontrolnych i którzy dowiedzieli się o brakach w kasie CBA?

 „Mariuszowi P. (czyli twórca raportu)  w ramach podziękowania za kierowanie grupą, obiecano etat dyrektora BKiSW (Biur Kontroli i Spraw Wewnętrznych CBA – red.). Było tylko jedno „ale”. Musiał on znaleźć nieprawidłowości w funduszu operacyjnym, które miały miejsce za Wojtunika. To mu się jednak nie udało” – opowiada nasz informator.

Podczas spotkania u Bejdy wszystkim obecnym został oficjalnie przedstawiony raport z audytu. Ponieważ spotkanie odbyło się późnym wieczorem, kolejnego dnia raport ten miał zostać zarejestrowany i przekazany Bejdzie oficjalnie poprzez kancelarię Szefa CBA. Po zakończeniu spotkania, Mariusz P. schował raport w swojej szafie pancernej i udał się do domu.

Tego samego wieczoru Bejda odbył jeszcze kolejne spotkanie. Następnego dnia rano, tuż po godzinie ósmej, Mariusz P. przyszedł jak zwykle do pracy. Tu jednak zaczęły się pojawiać pierwsze problemy. Nie mógł on pobrać kluczy do swojego gabinetu z tzw. „lokera”, pancernej skrzyni umieszczonej przed wejściem do Biura Kontroli. Chcąc sprawę wyjaśnić próbował wejść do siedziby tegoż biura. Jego przepustka jednak nie działa. Wydaje się to dosyć osobliwe, jednak nauczony dotychczasowym działaniem tej instytucji nie odbiera tego za zły znak. Drzwi do biura otworzył mu jeden z funkcjonariuszy BKiSW. Po wejściu do środka okazuje się, że jego pomieszczenie służbowe jest zamknięte na plombę, a on sam ma zgłosić się do Wiesława Flaka (tego samego, który został kilka tygodni temu zwolniony ze służby w CBA).

„Wiesiek powiedział mu, że zostaje pozbawiony możliwości pełnienia służby w Biurze Spraw Wewnętrznych. Jego przepustka straciła ważność, a z jego gabinetu zniknął komputer służbowy na którym sporządzał raport z audytu” – opowiada nasz informator.

Mariusz P. decyzją Ernesta Bejdy został odsunięty od dalszych czynności kontrolnych oraz pozbawiony możliwości pełnienia służby. Dosłownie. Zabrano mu wszelki sprzęt elektroniczny, którym się posługiwał, zostawiając wyłącznie telefon komórkowy. Uniemożliwiono mu dostęp do sieci wewnętrznej CBA (na każdym poziomie, nawet jawnej). Jego szafa pancerna została zaś opróżniona, a z jej wnętrza zabrany raport z audytu, który miał zostać zarejestrowany i przekazany Bejdzie drogą oficjalną.

Dlaczego w takim razie Bejda nie zwolnił Mariusza P. ze służby? Odpowiedź jest prosta. Był to funkcjonariusz, który rozpoczynał służbę za tzw. pierwszego CBA, gdy szefem był Mariusz Kamiński, a z kierownictwem Biura Mariusz P. był po imieniu, ponieważ utrzymywał z nimi kontakty prywatne. Poza tym nie popełnił on żadnego wykroczenia służbowego.

Na czym więc polegała praca Mariusza P. po zakończeniu audytu? Przez okres kilku miesięcy przychodził on do pracy i oglądał filmy ze swojego prywatnego komputera. Za to otrzymywał uposażenie w wysokości około 12 tysięcy złotych miesięcznie.

Inni funkcjonariusze wykonujący audyt zostali zaś przeniesieni do innych jednostek organizacyjnych CBA.

Mariusza P. postanowiono się pozbyć na dobre z CBA. Wykorzystano do tego Ministerstwo Spraw Zagranicznych, gdzie postanowiono go oddelegować na niejawny etat i wysłać do pełnienia służby poza granice kraju.

Przez kilka miesięcy tworzono mu fałszywą tożsamość i przebieg pracy i zatrudniono MSZ. Jest o tyle dziwne, ponieważ funkcjonariusze CBA nie mogą oficjalnie pracować w innych instytucjach. Mariusz P. miał zaś pobierać uposażenie równolegle z CBA oraz MSZ, w tym diety. Swoisty „nielegał” CBA został „przeniesiony” do pracy do Brukseli. Sytuacja bez precedensu, ponieważ funkcjonariusze CBA nie mogą pracować w innych instytucjach na etatach niejawnych. Oddelegowanie Mariusza P. nastąpiło bezterminowo. W ten sposób skutecznie zamknięto usta niewygodnemu funkcjonariuszowi. Jednym z argumentów pozostało uposażenie, wynoszące około 35-40 tysięcy złotych miesięcznie.

„To stary numer Ernesta i Maćka (minister Wąsik – red.). Robili sobie uległych funkcjonariuszy poprzez zwiększenie możliwości ich zarobków ” – mówi nasz informator.

Po wykryciu przez Marusza P. nieprawidłowości zaczęło się gorączkowe szukanie rozwiązania tego problemu. Szefostwo służb specjalnych wpadło na pomysł, aby uzupełnić go innymi wydatkami. W tym celu od przełomu roku 2016/2017 CBA prowadziło tzw. kreatywną księgowość. Przenoszono pieniądze z innych zadań finansowych, tylko po to, żeby podczas kontroli funduszu nie można było określić skali nadużyć. Udawało się to do końca roku 2019.

Zatrzymana w styczniu księgowa z CBA, to zwyczajny „kozioł ofiarny”.  „Nie miała ona fizycznie dostępu do tych pieniędzy. Są one zdeponowane w innym miejscu, a dostęp do nich mają tzw. dysponenci funduszu. Każda jednostka CBA, która mogła wykonywać zadania o charakterze niejawnym miała swojego delegowanego funkcjonariusza, który „odpowiadał głową” za fundusz operacyjny” – tłumaczy nasz informator.

Sprawdziliśmy to. Rzeczywiście, każda jednostka organizacyjna CBA, która wykonywała zadania niejawne miała wyznaczonego funkcjonariusza, najczęściej sprawującego stanowisko kierownicze, który odpowiadał za wydatkowanie funduszu operacyjnego. Prowadził on bieżące rozliczenia funduszu w okresach miesięcznych. Nie jest więc możliwe, że ktokolwiek mógł się dopuścić malwersacji finansowej, ponieważ takiego funkcjonariusza kontrolował zaś jego przełożony. Ten ostatni był z kolei kontrolowany przez upoważnionego funkcjonariusza Departamentu Operacyjno-Śledczego CBA, który zaś był „prawą ręką” szefa CBA w zakresie kontroli wydatkowania funduszu na działania operacyjne. Z kontroli funduszu sporządzano okresowe sprawozdania i przedstawiano do zaakceptowania Ernestowi Bejdzie.

„Za wydatkowanie funduszu operacyjnego odpowiada osobiście Szef CBA. Nie jest istotna kwota jakichkolwiek zakupów do „oesów” (operacje specjalne prowadzone przez Biuro) i innych. Przy kwocie podawanej przez media, a mowa tu o kilkunastu milionach, jedynym wyjaśnieniem możliwości malwersacji jest wiedza o nich, którą z całą pewnością musiał posiadać Bejda. Co gorsze godził się na to, albo przynajmniej dawał ciche przyzwolenie na łamanie prawa przez swoich podwładnych, licząc zapewne na to, że sprawa nie ujrzy światła dziennego…” – mówi nasz informator.

Z naszych informacji wynika, że nie tylko Dyrektor Biura Kontroli i Spraw Wewnętrznych, Wiesław Flak, stracił stanowisko w swoim pionie. Posypały się głowy również innych funkcjonariuszy. Funkcjonariusze ci odpowiedzialni są brak nadzoru nad przypisanymi im komórkami organizacyjnymi CBA. Stanowiska stracili również funkcjonariusze Departamentu Ochrony CBA odpowiedzialni za kontrolę fizyczną obiektów Biura, także tego przy Alejach Ujazdowskich. Nie upilnowali oni innych funkcjonariuszy, którzy mieli się dopuścić fizycznego wyniesienia pieniędzy z tej służby specjalnej.

Strach pomyśleć, co można wynieść z siedziby polskiej służby specjalnej.

Ciąg Dalszy Nastąpi.

Jan Piński

Tomasz Szwejgiert

Centralne Biuro Antykorupcyjne nie odpowiedziało na żadne pytania dotyczące nieprawidłowości w funduszu operacyjnym.

Pokaż więcej Jan Piński
Pokaż więcej w  Aktualne

Zobacz też

Kłamstwo kieleckie

Celem sowieckiej prowokacji w Kielcach było odwrócenie uwagi świata od sfałszowanego refer…