Głównym orężem, którym walczą dziś rozwinięte państwa jest propaganda. Umiejętnie sączona przy pomocy sprawnych służb specjalnych lub ich współpracowników.

Wojna informacyjna

Jan Piński

W połowie września 2017 r.  Instytut Pamięci Narodowej pokazał animowany film odkłamujący historię Polski XX wieku. Profesjonalna licząca 4,21 minuty produkcja została rozpowszechniona w języku polskim i angielskim (lektorem był popularny aktor Sean Bean, znany m.in. z serialu „Gra o tron”). Film pokazujący polskie bohaterstwo, zbrodnie niemieckie i rosyjskie (sowieckie) na Polakach obejrzały miliony internautów na całym świecie. Pomysł był idealnym wykorzystaniem współczesnych mediów do promocji i ochrony wizerunku Polski. Fakt, że IPN nie wypuścił tego filmu w wersjach językowych niemieckiej, rosyjskiej, hebrajskiej i np. hiszpańskiej i włoskiej, pokazuje jak duży opór jest w Polsce, aby prowadzić dumną i świadomą politykę historyczną. A problem wojen informacyjnych, propagandowych, jest dziś najważniejszym zagrożeniem XXI wieku. Głównym orężem, którym walczą dziś rozwinięte państwa jest właśnie propaganda. Umiejętnie sączona przy pomocy sprawnych służb specjalnych lub ich współpracowników. Polska na tym tle wypada nie tyleż ubogo, co wręcz amatorsko. Nikt w Polsce nie zajmuje się zawodowo i profesjonalnie kompleksową analizą działań propagandowych wymierzonych w Polsce. Nie identyfikujemy zagrożeń, nie prowadzimy obrony ani informacyjnych kontrataków. Mamy coś w rodzaju „pospolitego ruszenia” ludzi dobrej woli (dziennikarzy, polityków, historyków), którzy widząc wrogą agresję robią coś pożytecznego z własnej inicjatywy i na własny koszt. Od trzech lat praktycznie nic na froncie propolskiej propagandy historycznej się nie dzieje.

Terminy mają znaczenie

W 2012 r. Andrzej Brzozowski, wówczas redaktor naczelny biuletynu Instytutu Pamięci Narodowej Pamięć.pl, zażądał, aby w artykułach publikowanych w piśmie używano wyłącznie formy „radziecki”. Słowo „sowiecki” zaś miało być według niego zabronione, jako wulgarne i podsycające nienawiść polsko-rosyjską. To z pozoru błahe wydarzenie pokazuje, że w Polsce nikt nie prowadzi świadomej polityki historycznej i propagandowej. Jesteśmy bierną ofiarą agresywnej niemieckiej, rosyjskiej i żydowskiej propagandy, z których każda ma określony cel do zrealizowania. Niemcy chcą się „podzielić” odpowiedzialnością za zbrodnie drugiej wojny światowej, Rosjanie chcą zrelatywizować własne zbrodnie pokazując je, jako rewanż za podobne dokonania Polaków, Żydzi zaś starają się zmusić Polskę do zaakceptowania „dziedziczenia rasowego”, czyli wypłaty „odszkodowań” za mienie ofiar holokaustu przejęte przez skarb państwa (z uwagi na brak żyjących krewnych, którzy mogliby dziedziczyć). 

W USA niezależnie od tego, kto wygrywa wybory, czy demokraci, czy republikanie, racja stanu jest jedna. Może ona być inaczej realizowana, jednak ochrona interesów USA stoi na pierwszym miejscu. W Polsce po odzyskania niepodległości w 1989 r., dopiero Lech Kaczyński, dostrzegł potrzeby prowadzenia świadomej polskiej polityki historycznej. Po tym eufemizmem ukrywa się brzydkie słowo „propaganda”. Ale propaganda w wypadku Polski nie tyle musi oznaczać fałszowanie historii, co przebijanie się z prawdą historyczną przez kłamstwa naszych sąsiadów (Rosja i Niemcy) i państw zainteresowanych złym wizerunkiem Polski (Izrael). Teraz próbuje taką świadomą politykę prowadzić prezydent Andrzej Duda, ale jest to niedoceniany i niedoinwestowany teatr działań politycznych.

    „Wojna na słowa”, której ofiarą jest Polska wynika właśnie z faktu, że nie prowadzimy świadomej polityki informacyjnej. Jesteśmy bezbronną ofiarą, która nie oddaje ciosów. Państwowa telewizja rosyjska nadaje programy o „polskich obozach śmierci”, w których „mordowano” jeńców z wojny lat 1919-21. Niemieckie media nagminnie lansują termin „polskie obozy koncentracyjne” w odniesieniu do obozów zagłady, które Niemcy stworzyli na okupowanym terytorium Polski. Organizacja żydowskie, co chwila mówią o „polskiej odpowiedzialności” za holokaust, o rzekomym wzbogaceniu się Polaków w wyniku Zagłady itp. Każda z tych przemyślanych agresji, które są sankcjonowane lub inspirowana przez podobno zaprzyjaźnione z nami państwa pozostaje bez adekwatnej odpowiedzi.

    Przeciwko tej agresji Polskę bronią „partyzanci”, (głównie historycy i dziennikarze) pokazując fałszerstwa propagandowe. Państwo zaś milczy. Woli propagować i finansować kampanie wizerunkowe, w których Polak występuje w roli przystojnego hydraulika, a Polka w roli seksownej pielęgniarki. W 2011 r. dr Leszek Pietrzak, były pracownik Urzędu Ochrony Państwa, IPN i Biura Bezpieczeństwa Narodowego upublicznił efekty swojego wieloletniego śledztwa, że termin „polskie obozy koncentracyjne został wymyślony przez niemieckie tajne służby w 1956 r.! „Alfred Benzinger (zwany „Grubasem”) zaproponował, aby rozpocząć w mediach propagowanie terminu „polskie obozy koncentracyjne” w odniesieniu do niemieckich obozów zagłady na terytorium Polski. „Odrobina fałszu w historii, po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę” – przekonywał. Plan zyskał wysoką ocenę i akceptację Reinharda Gehlena, szefa zachodnioniemieckiego wywiadu (nazywanego wówczas Organizacją Gehlena)” – napisał Pietrzak. W normalnym kraju tego typu publikacja spowodowałaby trzęsienie ziemi i odpowiednią reakcję. Na przykład w postaci przetłumaczenia i kolportowania tekstu przez polskie ambasady lub umożliwienie autorowi zaprezentowanie swoich badań w publicznej telewizji (podobno abonament płaci się za realizowanie „misji”). Tymczasem publikację  przemilczano, chociaż odpowiednie jej nagłośnienie odciążyłoby nasze placówki dyplomatyczne ze słania protestów do mediów przeciwko łączeniu Polski z obozami koncentracyjnymi.

Pożyteczni idioci

W walce o historię ogromną rolę częściej niż agenci wpływu odgrywają „pożyteczni idioci”, czyli ludzie, którym wydaje się, że prezentując „umiarkowane” i „wyważone” stanowisko będą mieli święty anielski spokój i międzynarodowe „poważanie”. Taki zapewne cel przyświecał tym, którzy słowo „sowiecki”, chcieli zmienić na „radziecki”, chociaż to działanie wspierające rosyjską propagandę. Konkretne słowa wywołują, bowiem w społeczeństwie określone reakcje.

Współczesna propaganda opiera się przede wszystkim na manipulacjach przekazem informacji, ale również na używaniu i popularyzowaniu określonych terminów. W latach II Rzeczpospolitej, jako synonimów określających ustrój rosyjski używano wymiennie słów „sowiecki” i „radziecki”. Tego pierwszego jednak znacznie częściej. Dlatego, że w językach europejskich używano transkrypcji wywodzącej się z języka rosyjskiego („Sowiet Union”). Gdy sowiecka agentura w 1944 r. rozpoczęła okupację Polski podjęła szereg dobrze zaplanowanych działań propagandowych.

Na przykład starała się legitymizować swoją władzę wywodząc ją od… Konstytucji 3 maja. Mało kto dziś pamięta, że przez pierwsze lata „władzy ludowej” pochody ku czci Konstytucji 3 maja organizowali komuniści. Wszystkie artykuły w prasie były specjalnie redagowane. Przedstawiano w nich „władzę ludową” jako bezpośrednich spadkobierców postępowych sił narodu, które reformowały upadającą Rzeczpospolitą. Szkic artykułu „matki” osobiście napisał już w 1941 r. szef komunistycznych ideologów Jakub Berman w sowieckiej prasie. Większość tekstów z komunistycznej prasy drugiej połowy lat 40. na temat Konstytucji 3 maja czerpie z tej publikacji. Plan ten się nie powiódł, ale oficjalnie święto Konstytucji III maja zlikwidowano dopiero w latach 50. Nie powiódł się bowiem konkurencyjne manifestacje patriotyczne okazały się skutecznym remedium na propagandową papkę.

Wówczas także komuniści rozpoczęli propagowanie terminu „radziecki” zamiast „sowiecki”, podobnie zakazano używania słowa „bolszewicki”. Chodziło, bowiem o zredukowanie oddziaływania przedwojennych publikacji ujawniających prawdziwy obraz państwa chłopów i robotników (zbrodnie, eksterminacja ludności, głód itd.). Wzmocnieniem tej akcji było nałożenie na ludność obowiązku dostarczania makulatury określonej wielkości, pod groźbą sankcji. Celem, skutecznie zrealizowanym, było zmuszenie ludzi do oddania na przemiał jak największej liczby wydanych przed wojną książek i czasopism.

Zmiana terminologii i rozpoczęcie używania terminu „sowiecki” na początku lat 90. pozwoliło szybciej odkłamywać historię i docierać z prawdą do mas, niż gdyby używano słownictwa komunistycznej propagandy. Przez kilkadziesiąt lat tłuczono, bowiem ludziom do głowy przez wszystkie media, w szkołach i na studiach o potędze, przyjaźni i dobrych intencjach „Związku Radzieckiego”. Moje pokolenie, które do szkoły chodziło w latach 80 i 90. było jeszcze poddawane „praniu mózgu”. Uczono nas, że Związek Radziecki 17 września 1939 r. wziął pod ochronę ludność „Zachodniej Białorusi” i „Zachodniej Ukrainy”. Na akademiach kazano nam recytować wiersze ku czci sojuszu polsko-radzieckiego itp., a przecież był to już schyłek komuny.  Prosta zmiana terminu na „Związek Sowiecki” osłabiała działanie wrogiej propagandy. Dziś próba powrotu do terminu „radziecki”, to ukłon w stronę rosyjskiej propagandy. Wpisuje się to zresztą w przemyślaną politykę propagandy rosyjskiej. Już od kilku lat słownik w najpopularniejszym edytorze tekstu, jakim jest „Word” proponuje użytkownikowi zmianę słowa „sowiecki”, jako „wulgarnego”…

Także Niemcy po II wojnie światowej rozpoczęli wybielanie siebie od zmiany nazewnictwa. Zamiast Niemcy, w kontekście zbrodni ostatniej wojny, zaczęli popularyzować użycie słów „naziści” i „hitlerowcy”. Znaleźli tutaj sojuszników w komunistach, którym zależało na zdjęciu odium z „demokratycznych” Niemców. 67 lat po zakończeniu wojny ludzie coraz mniej wiedzą, kim byli owi tajemniczy „naziści” i „hitlerowcy”. Coraz częściej w tym kontekście pojawia się „informacja”, że chodziło o…Polaków. Na tym właśnie polega sukces świadomej polityki historycznej Niemiec. Odniosła ona sukces, po mimo faktu, że żyją jeszcze niemieckie ofiary, żołnierze aliantów itp. Strach pomyśleć, jaka będzie świadomość za 10 lat, gdy odejdą ostatni ze świadków historii.

Gra do własnej bramki

„To gorzej niż zbrodnia, to błąd” – te słynne słowa Talleyranda idealnie pasują do braku świadomej polskiej polityki historycznej. I tak nasze media i oficjalne władze fetowały w 2012 r. film Agnieszki Holland „W ciemności” opisujący historię Polaka, który uratował kilkunastu Żydów. Starały się wywołać przekonanie, że cała Polska życzy temu filmowi Oscara. Tymczasem jest to jest film obrzydliwie zakłamujący i fałszujący historię. Manipulacja była dobrze ukryta, a jej celem było zapewne pozyskanie sympatii wpływowego lobby żydowskiego, które ma dużo do powiedzenia przy przyznawaniu Oscarów, a przy okazji nie przepada za Polską i Polakami. Oto mamy Lwów pod niemiecką okupacją. Z jednej strony słaniających się na nogach z głodu Żydów, z drugiej strony spasionych Polaków, którzy chodzą do sklepu, wypisz wymaluj takich jak obecne osiedlowe, kupują, jak gdyby nigdy nic, wędlinkę, owoce, pieczywo itp. Każdy przyzwoity człowiek oglądając to myśli sobie: cholera, a nie mogli kupić więcej i dać Żydom, aby nie umarli z głodu? Takie same wrażenie robią ubrania. Żydzi w łachmanach, Polacy jakby wyszli z przedwojennego pisma o modzie. Tymczasem od początku okupacji (październik 1939 r.) na terenie Generalnego Gubernatorstwa (a więc także przyłączonym, w 1941 r. „dystrykcie Galicja”) obowiązywały kartki na jedzenie. Dla Polaków przewidziano limit 700 kalorii dziennie (człowiek, aby przeżyć musi jeść około 1500), dla Żydów 400. Stąd zresztą słynna piosenka: „teraz jest wojna, kto nie handluje, nie żyje”. Ale handel jedzeniem poza oficjalnym rynkiem był karany śmiercią i zakupów czarnorynkowych nie dokonywało się w sklepach, tylko w domach, konspiracyjnie. Kartki były również na ubrania. Polacy żyli głównie z tego, co dawały rodziny ze wsi i było przemycane do miast. Nadwaga po 3 latach wojny była przywilejem Niemców, a i to tylko tych dobrze sytuowanych.

Oglądający film Holland musieli odnieść wrażenie, że Polakom za okupacji niemieckiej było lepiej niż w PRL. Tak dobrze zaopatrzonych sklepów nie było, bowiem nawet za Gierka. Zupełnym „odjazdem” była scena, w której główny bohater chce kupić „swoim” Żydom pomarańcze (skąd miałyby się wziąć w okupowanej Europie w sklepach?). W tej sytuacji przypominanie, że w Polsce Niemcy za pomoc Żydom mordowali „z mocy prawa” nie tylko „winnych”, ale także rodziny i sąsiadów (zbiorowa odpowiedzialność) jest zbędne.

To jest elementarna wiedza historyczna (nie jestem specjalistą z tego okresu). Znajomi historycy, których pytałem, dlaczego nie pisali o tym głośno tłumaczyli mi, że „za duże ryzyku, iż następnego tekstu nie zamówią”. W ten sposób okazuje się, że propagandowo prowadzimy grę „do własnej bramki”.

Jan Piński

Pokaż więcej Jan Piński
Pokaż więcej w  Kraj

Zobacz też

Agencja Specjalnej Troski

Po tym jak portal sluzbyspecjalne.com ujawnił aferę pedofilską w Agencji Wywiadu, propagan…