Służby PiS kupiły sobie sprzęt do włamywania się na telefony i komputery osobiste. Nikt nie kontroluje jak go wykorzystują. Czy i jak można się bronić?

W 2018 r. Najwyższa Izba Kontroli (NIK) odkryła, że Centralne Biuro Antykorupcyjne (CBA) kupiło za 33 mln zł sprzęt „specjalny służący do zapobiegania przestępczości”. Według kontrolerów NIK przy transakcji złamano prawo, bo zakup sfinansowano ze specjalnej dotacji Ministerstwa Sprawiedliwości, które przekazało na ten cel pieniądze z funduszu… pomocy ofiarom przestępstw. Dość szybko okazało się, że tajemniczy sprzęt, który kupiło CBA to platforma podsłuchowa Pegasus. Kanadyjska organizacja Citizen Lab (Laboratorium Obywateli) ujawniła właśnie, że owa szpiegowska platforma działa już w 45 krajach w tym w Polsce (pod uroczym kryptonimem Orzelbialy). Normalnie jak tajna służba chce podsłuchać czyjś telefon, to musi korzystać z pomocy operatora telekomunikacyjnego. Dzięki platformie Pegasus, agenci mogą na własną rękę podsłuchiwać nie tylko rozmowy telefoniczne podejrzanych, ale także ich rozmowy przy pomocy komunikatorów internetowych i portali społecznościowych czy też czytać elektroniczną pocztę. A to wszystko bez zgody sądu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że w 2016 r. PiS zmienił Kodeks Postępowania Karnego w taki sposób, aby w sądzie można było wykorzystywać nielegalnie zdobyte dowody (art. 168 kpk).

Sąd Najwyższy w czerwcu 2018 r. w 7 osobowym składzie dał wykładnie ograniczającą stosowanie, ale PiS załatwia sobie teraz korzystną dla siebie decyzję Trybunału Konstytucyjnego. Mamy więc władzę uzbrojoną w sprzęt do pozwalający na prostą nielegalną inwigilację i prawo, które pozwala na wykorzystywanie w procesach nielegalnie pozyskanych dowodów. Strach się nie bać.

Dziś korzystając z telefonu, SMS-ów, poczty elektronicznej (szczególnie na polskich serwerach) i internetowych komunikatorów musisz mieć świadomość: wszystko co powiesz i napiszesz może być użyte przeciwko tobie. Jeżeli podczas prywatnej rozmowy masz przy sobie telefon (smarphone) lub tablet, to sprzęt ten może być użyty przez służby jako mikrofon nagrywający rozmowę.

Kamiński bez kontroli

W 2016 r. PiS znowelizował ustawę dotyczącą inwigilacji w taki sposób, że służby mogą robić co chcą. Sądy rozliczają działalność służb po fakcie. I nawet jeżeli te działania były wobec jakieś osoby nielegalne, to sąd nie może nakazać służbom zniszczenia zebranych w ten sposób dowodów. Podejście tej władzy do podsłuchów jest bardzo szczególne. Zapewne jednym z powodów takiego działania jest fakt iż właśnie podsłuchane i opublikowane w 2014 r. rozmowy polityków PO odegrały decydującą rolę w wyniesieniu PiS do władzy.

Mało kto pamięta, że nie były to pierwsze podsłuchy korzystne dla PiS. W 2009 r. z CBA wyciekły do „Rzeczpospolitej” stenogramy rozmów polityków PO, co skutkowało wybuchem tzw. afery hazardowej. Przeciek nie był przypadkowy. W dniu publikacji materiału na łamach „Rzepy” PiS w sojuszu z SLD odzyskiwał kontrolę nad mediami publicznymi. Przeciek miał być początkiem politycznej ofensywy i pozwolić w 2011 r. (lub wcześniej) na powrót PiS do władzy. Nie udało się, bo ekipa medialna, która z ręki PiS przejęła kontrolę nad telewizją nie umiała właściwie nakręcić afery hazardowej i ta mówiąc kolokwialnie „szybko zdechła”.

Ciekawostką był fakt, że gdy Donald Tusk zdymisjonował Mariusza Kamińskiego z funkcji szefa CBA właśnie z powodu politycznych gier i przecieków, to okazało się iż w samym biurze zniknęły ważne dane. Np. takie, gdzie jeździły samochody służbowe z ówczesnym kierownictwem CBA. Pozwoliłoby to bowiem rzucić trochę światła na to kto z kim i gdzie rozmawiał tuż przed tym jak „Rzeczpospolita” dostała podsłuchy.

Podsłuchują wszystkich!

Ulubionym tekstem polityków PiS jest riposta „uczciwi nie mają się czego bać”. Problem w tym, że PiS bynajmniej nie używa inwigilacji do ścigania przestępców. Przez ostatnie trzy lata PiS nie rozliczył żadnych afer z okresu rządów PO. Nawet w prostych sprawach, gdzie wszystko jest jasne jak w skandalicznej sprzedaży akcji CIECH przez państwo, nic nie jest zakończone. PiS przestrzega podstawowej zasady sformułowanej w 1989 r. przez dzielących się wówczas władzą: „my nie wsadzamy do więzień was, a wy nas”. Po co więc te zabawki do inwigilacji ludzi? Zapewne chodzi o pozyskiwanie wiedzy i haków. Już dziś w prywatnych rozmowach politycznych czołowe postaci ekipy kontrolującej tajne służby odwołują się wprost do rozmów telefonicznych…. dziennikarzy (w tym autora tekstu).

Zdarzają się sytuacje, w których ludziom zwraca się uwagę, aby nie mówili pewnych rzeczy przez telefon z dziennikarzem. I nie chodzi bynajmniej o to iż mówią rzeczy nielegalne, ale np. o to i wypowiadają się niepochlebnie o politykach PiS. Symptomatyczne jest, że testy nowego systemu inwigilacji rozpoczęto od zlecenie Biuru Spraw Wewnętrznych CBA poszukiwań „kretów” (informatorów) dziennikarzy. Nie byłoby to nawet specjalnie naganne, gdyby nie dwa fakty. Po pierwsze kierownictwo służb PiS regularnie puszcza kontrolowane przecieki do zaprzyjaźnionych dziennikarzy. Efekty takich działań czasem wołają o pomstę do nieba. I tak dziennikarz „Gazety Polskiej” Piotr Nisztor dzień przed zatrzymaniami w sprawie CIECH w lutym 2018 r. zapowiadał tą akcje CBA w internecie. Tego typu działania nie tylko ośmieszają wymiar sprawiedliwości, ale też narażają zdrowie i życie funkcjonariuszy idących na akcje. Na moje pytania zadane publicznie o to czy wszczęto wówczas śledztwo w sprawie wycieku informacji i narażania życia funkcjonariuszy ani CBA, ani minister koordynator ds. służb Mariusz Kamiński (będący także od niedawna ministrem spraw wewnętrznych i administracji) nie raczyli odpowiedzieć.

Teraz zaś zaczynają ścigać tych co wynoszą informacje ze służb. Ale oczywiście bynajmniej nie wszystkich. Chodzi tylko o tych, którzy robią to bez zezwolenia tudzież polecenia szefów.

BSW CBA więc poluje na „kretów”, ale robi to inwigilując konkretnych dziennikarzy, a nie swoich pracowników. Tutaj w grę wchodzi też ważny szczegół. Służby bawią się definicjami. I tak nasze służby uważają, że lokalizowanie telefonu dziennikarz (a więc pośrednio także jego) nie jest inwigilacją w rozumieniu polskiego prawa. Można więc wysłać, zgodnie ze wskazaniem lokalizacji funkcjonariusza, aby zobaczył co też ten dziennikarz (lub dokładniej jego telefon) porabiają. Ba, taki oficer może sobie usiąść i posłuchać o czym rozmawia ów dziennikarz. Przebywa bowiem w miejscu publicznym i znów, takie podsłuchiwanie nie jest traktowane jako inwigilacja.

Teraz w służbach opracowuje się opinie, że w ten sam sposób należy interpretować podsłuchiwanie internetowych komunikatorów. Skoro komunikacja dokonuje się na zbiorowych platformach społecznościowych, to w zasadzie tak jakby miało się do czynienia z rozmową w barze.

Do czego to prowadzi najlepiej pokazał wypadek słynnej super tajnej amerykańskiej Narodowej Agencji Bezpieczeństwa. W 2013 r. niezapowiedziana kontrola ujawniła iż agenci wykorzystywali super skuteczne narzędzia inwigilacyjne do… śledzenia i zdobywania informacji o swoich partnerach. W Polsce korzystanie przez służby z Pegasusa jest kompletnie poza kontrolą. To, że będzie dochodzić do nadużyć jest więc pewne.

Czy można coś z tym zrobić? Oczywiście. Należy poddać wszystkie inwigilacyjne działania służb kontroli sądów. W przeciwnym wypadku będziemy mieć coraz mniej demokracji, a coraz więcej „demokracji hakowej”, czyli gry interesów opartej na szantażach i wykorzystywaniu nielegalnie zdobytej wiedzy. Angielski filozof Jeremy Bentham żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku zaprojektował idealne więzienie Panoptikon. Więźniowie nie mieli szansy, aby zorientować czy i kiedy są obserwowani, musieli więc zawsze zachowywać się idealnie. Wiele wskazuje na to, że pozwoliliśmy zbudować sobie własny Panoptikon.

Jan Piński

Pokaż więcej Redakcja
Pokaż więcej w  Aktualne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz też

Powstanie Ministerstwo Bezpieczeństwa Narodowego

Wraz z powołaniem nowego rządu ma powstać Ministerstwo Bezpieczeństwa Narodowego. Nowym re…