Gdy w 2016 r. temu PiS ogłaszał, że PO-PSL inwigilowało masowo dziennikarzy (oficjalnie miało być ich aż 52 rozpracowywanych) brzmiało to groźnie. Tymczasem po 4 latach ich pełni władzy nikogo nie ukarano i nic nie wyjaśniono. Dlaczego? Bo obecna władza robi dokładnie to samo co poprzednia, często przy pomocy tych samych ludzi. Tylko na większą skalę

Inwigilacja dziennikarzy ma się dobrze. Polega m.in. na braniu bilingów dziennikarzy, a także sprawdzaniu miejsc logowania się telefonów, w niektórych wypadkach na pisaniu charakterystyk badanych osób, a także prowadzeniu obserwacji ich spotkań. Dane te są niekompletne, bo nie obejmują dziennikarzy, którzy nie posługują się telefonami zarejestrowanymi na swoje nazwiska.

Za rządów PiS doszło już do tego, że służby w naszym kraju zajmują się niemal głównie ganieniem za dziennikarzami i zbieraniem na nich kompromitujących materiałów (tzw. „haków). Żeby było śmieszniej spora część inwigilowanych dziennikarzy należy do… współpracowników tychże służb. Mamy więc do czynienia z kompletnym chaosem, czymś o sfilmowaniu czego całe życie marzył genialny reżyser Alfred Hitchcock: czyli pożaru w burdelu.

W poszukiwaniu haków

Właśnie masowość inwigilacji nadaje tej groźnej i szkodliwej sprawie rys humorystyczny. Wszyscy dziennikarze, którzy pracują nad tematami, które są w zainteresowaniu tajnych służb, mają pełną świadomość, że są inwigilowani. Jeżeli chcą zachować prywatność swoją i informatorów, to na ważne spotkania przychodzą bez telefonów.

W 2016 r. obecny szef służb i policji Mariusz Kamiński powiedział w Sejmie, że wobec 7 dziennikarzy użyto specjalistycznego sprzętu ujawniającego wszystkie numery telefonów, którymi się posługiwali. Ów sprzęt, to oprogramowanie, które analizuje jakie telefony jednocześnie zmieniają nadajniki. Jeżeli ktoś nosi ze sobą 2-3 numery telefoniczne, to lokalizacja każdego z numerów jest możliwa już po kilku godzinach, od kiedy zaczął się przemieszczać.

 

ABW zbierała informacje i szpiegowała dziennikarzy przy pomocy własnych funkcjonariuszy. Służba Kontrwywiadu Wojskowego, która formalnie cywilami nie może się zajmować wynajęła prywatną firmę, która prowadziła szkolenia pracowników SKW z zakresu prowadzenia obserwacji. A szkolenia prowadzono właśnie na dziennikarzach, politykach opozycji, a także byłych oficerach służb specjalnych. W tej sprawie jedna z prokuratur prowadzi śledztwo, ale bez sukcesów, bo SKW – rządzone przez PiS – nie chce z nią współpracować.

Żandarmeria Wojskowa gania zaś nie za tymi co szpiegowali dziennikarzy i polityków, a autorem, który ten proceder opisał, aby znaleźć jego informatorów.

Masowość zbierania informacji przez służby tak duża, że stała się ona kompletnie bezużyteczna. Na przykład za rządów Platformy Obywatelskiej ABW gromadziła dane dziennikarzy, publicystów i działaczy w sprawie o kryptonimie „Cmentarze”. Celem operacji było zapobieżenie bezczeszczeniu grobów żołnierzy sowieckich w kolejne rocznice agresji 17 września. Faktycznie inwigilowano jak leci, na kogo akurat był popyt. głównie ze środowisk ówczesnej opozycji.

Peerelowskie standardy

W Polsce oficjalnie tajne służby nie mogą werbować dziennikarzy, chyba, że za zgodą premiera. Ten stan obowiązuje od 1997 r. gdy pod koniec rządów SLD wybuchła afera ze współpracą polityków i dziennikarzy ze służbami III RP. Pretekstem do uporządkowania służb była dla lewicowego rządu afera z oskarżeniem przez Ministra Spraw Wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego urzędującego premiera Józefa Oleksego o współpracę z rosyjskim wywiadem. Oleksy odszedł ze stanowiska, ale utrzymał się w polityce. Sprawę jego rzekomego szpiegostwa prokuratura umorzyła. Ze służb przegoniono wówczas tych, którzy zorganizowali akcję przeciwko Oleksemu. Ale to nie wszystko. Do dziennikarzy, do tygodnika „Wprost” trafiły wówczas informacje, że nie tylko Oleksy pracował dla Rosjan, ale także szereg innych polityków lewicy. Padły nawet ich pseudonimy: „Kat” i „Minim”.

Odpowiedź zaatakowanych polityków lewicy była ostra. „Prezydent Kwaśniewski chce odtajnić wszystkie archiwa MSW od 1945 do 1995 r. Poparł go wczoraj premier Oleksy: – Pora ujawnić archiwa, aby służby specjalne nie mogły używać ich do celów politycznych. Prominentni politycy SLD już od kilku dni w kuluarowych rozmowach grozili powrotem do „teczek Macierewicza” z 1992 r., kiedy to z trybuny sejmowej ówczesny szef MSW w rządzie Jana Olszewskiego postawił zarzuty o współpracę z SB kilkudziesięciu działaczom solidarnościowym” – pisała w tekście „Lustracja totalna” „Gazeta Wyborcza” 20 stycznia 1996 r.

Chwilę później powstała lista polityków i dziennikarzy współpracujących ze służbami III RP (zawierała ponad 300 nazwisk). Podjęto decyzje, że kolejne werbunki będą mogły być dokonywane tylko za zgodą premiera.

To sprawiło, że stopień kontroli służb nad środowiskiem dziennikarskim się osłabił. Potrzeba było jeszcze około 10 lat, aby w latach 2003-2005 doszło powstania środowisk dziennikarskich niekontrolowanych przez służby.

Najbardziej przysłużyła się temu wojna na „haki” prasowe jaką toczyły ze sobą środowiska premiera Leszka Millera i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Każda z tych grup miała „własnych” dziennikarzy. Przy pomocy, których demaskowała patologiczne interesy drugiej strony. Dzięki czemu, kwitło oczyszczanie państwa. Ten okres zakończył się wraz z powstaniem pierwszego rządu PiS i powstaniu zupełnie nowej linii podziału. Dotychczasowi wrogie zjednoczyli się w walce z rządem PiS-LPR-Samoobrona, który próbował inaczej dzielić wpływy i stanowiska niż dotychczas. Dodatkową okolicznością była likwidacja WSI w 2006 r. i uwolnienie kilkudziesięciu „śpiochów” tej struktury w mediach.

Jak ochraniano rząd PO

Na początku 2008 r., tuż po przejęciu władzy przez PO służby, głównie ABW (później także SKW i Agencja Wywiadu) dowodzone przez nominatów PO rozpoczęły operację, której celem była eliminacja z rynku dziennikarzy i środowisk, krytycznych wobec nowej władzy. Efekt tej operacji był odwrotny od zamierzonego.

Próba ustanowienia systemowej kontroli nad rynkiem medialnym się nie udała. Odpowiedzią na rozwalenie konserwatywno-liberalnego „Wprost” było pojawienie się „Uważam Rze”, a później kolejnych magazynów „W sieci” i „Do Rzeczy”, „Warszawska Gazeta”. W efekcie mediów krytycznych wobec władzy przybywało zamiast ubywać. Jeszcze bardziej rozwinęły się portale internetowe. Zapanowanie nad tym jest ponad siłę, nawet najbardziej sprawnych służb. 

Kompletną porażką było monitorowanie przez ABW protestów przeciwko ACTA w 2012 r. okazało się, że gdy za organizację rozruchów biorą się ludzie posługujący się komunikatorami internetowymi, a nie telefonami, to nasze służby były bezsilne.

Działania służb za rządów PO, chociaż nieudolne, nie były nieszkodliwe. Polegały ona na szukaniu „haków” i dezintegrowaniu środowisk dziennikarskich uznanych za niebezpieczne. Np. na początku 2013 r. oficerowie ABW przekazali mi materiały dotyczące życie prywatnego jednego z podległych mi dziennikarzy (operacja „Sunia”). Celem było spowodowanie zamieszania w ówczesnej redakcji „Uważam Rze” i doprowadzenie do rozpadu zespołu. Działania te prowadził kontrwywiad cywilny ABW, bez żadnych faktycznych podstaw do inwigilowania dziennikarzy (o dezintegrowaniu ich już nie wspomnę).

Z całej tej afery rząd PiS nie wyciągnął właściwych wniosków. Podległe mu służby wykorzystują i zwalczają krytycznych wobec władzy dziennikarzy jeszcze bardziej niż poprzednia ekipa.

Rząd PO wojował służbami i od działań służb poległ. Afera taśmowa była bowiem monitorowana tak przez ABW jak i CBA, a jej pierwszą zaplanowaną częścią było pozbycie się nielubianego przez siebie ministra ds. służb Bartłomieja Sienkiewicza. „Ogon”, czyli służby chciał machać „psem”, czyli politykami przy władzy.

To, że zamiast chirurgicznej operacji zrobił się bałagan, dowodzi tylko braku profesjonalizmu naszych służb. PiS podczas swoich pierwszych rządów (2005-2007), również nie stronił od inwigilacji dziennikarzy.

Dziennikarze nie są oczywiście świętymi krowami. Polowanie jednak na ich informatorów, oraz próby kompromitowania „hakami”, czy rozwalania redakcji są działaniami, które w demokratycznych państwach, nie powinny mieć miejsca.

Pewnego pięknego dnia całe to szambo wybije i dopiero na gruzach tego systemu medialnego będzie mogła powstać w miarę normalna „czwarta władza”, taka, która naprawdę kontroluje polityków, a nie służy za najemników bądź janczarów w walce o władze.

Jan Piński

Pokaż więcej Jan Piński
Pokaż więcej w  Bez kategorii

Zobacz też

Dlaczego zagłosuje na Rafała Trzaskowskiego

W każdych wyborach prezydenckich od 1997 r. głosowałem na Janusza Korwin – Mikke. Lub nie …