W październiku 2016 r. stwierdzono brak 12,7 mln zł w funduszu operacyjnym CBA – ujawniliśmy w tekście „Kulisy kradzieży milionów złotych z funduszu operacyjnego CBA.

Sprawa ta, mimo, że bardzo poważna, nie została skierowana przez szefa CBA Ernesta Bejdę do prokuratury. Zdecydował się on raport schować, a jego autora awansować, aby siedział cicho.

W aferze odegrało kluczowe role dwóch funkcjonariuszy CBA (obecnie przebywający w areszcie): Zbigniew M. szef warszawskiej delegatury i Rafał G., pełniący funkcję zastępca dyrektora.

M. był blisko związany z obecnym ministrem koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim oraz jego zastępcą Maciejem Wąsikiem. M. zdaniem naszych informatorów z CBA nie miał kwalifikacji do zajmowania tak wysokiego stanowiska.

Fot.: YouTube

Szef CBA Ernest Bejda był informowany o działaniach Zbigniewa M. wielokrotnie. Ostrzegano go, że dyrektor delegatury prowadzi czynności operacyjne w sposób niezgodny ze sztuką i przepisami.

Szef CBA wiedział, więc o wszystkim. Na zgłaszane kwestie twierdził nawet, że „ławka kadrowa jest za krótka” i nie może M. odwołać.

Działania M. nosiły nie tylko znamiona niekompetencji. Zdarzały się wypadki, że figuranci spraw, (czyli osoby rozpracowywane przez CBA) w sposób, co najmniej dziwny zaprzestawały swojej działalności i to w momencie, gdy czynności operacyjne wobec nich były na finalizacji. Sugeruje to, że mogło dochodzić do przecieków z CBA i uprzedzaniu o prowadzonych działaniach.

M. nadzorował jednak śledztwo w sprawie warszawskiej reprywatyzacji. Tym nasi rozmówcy tłumaczą jego status „nietykalnego”. W tej aferze przewijają się, bowiem nazwiska tak szefów służb (Kamiński, Wąsik), jak też samego ówczesnego szefa CBA Bejdy (pracował dla jednej z kancelarii, zaangażowanych w proces odzyskiwania nieruchomości w Warszawie).

Także drugi z negatywnych bohaterów afery z kradzieżą funduszu operacyjnego Rafał G. jest związany z obecnym szefostwem służb. Został przyjęty do służby „za pierwszego CBA”, czyli w latach 2006-2009. Był znajomym Macieja Wąsika ze Straży Miejskiej.

Karierę w CBA G. zawdzięczał informacjom, jakie przekazywał szefom. Pozwoliły one założyć CBA szereg spraw przeciwko lekarzom i prawnikom. Wynikały one z prywatnej znajomości z jednym z adwokatów, który przekazywał mu informacje otrzymane od klientów.

Zbigniew M. i Rafał G. stracili stanowiska latem 2017 r., gdy wyszło na jaw, że stracili kolejny milion złotych z funduszu operacyjnego CBA. Trafił on do współpracującego z CBA gangstera Pawła K. i zniknął.

Szefostwo służb Zbigniewa M. wysłało na emeryturę. Rafałowi G. , mimo podejrzeń, pozwolono kontynuować służbę, aby mógł uzyskać uprawnienia emerytalne.

Nie można było zgubić kilkunastu milionów złotych z funduszu operacyjnego, bez wiedzy kierownictwa CBA, bo podlega on stałej kontroli.

„Fundusz kontrolowany jest praktycznie co tydzień. Raporty z wydatkowania są sporządzane na bieżąco, a dysponenci funduszu mają wiedzę bieżącą o jego stanie. Nie można więc mówię o tym, że braki w kasie stwierdzono dopiero po kilku miesiącach. Tym bardziej nie można twierdzić, że za braki odpowiedzialna jest kasjerka” – twierdzi nasz informator z CBA.

Dotarliśmy do funkcjonariusza CBA, który ujawnił nam, w jaki sposób dokonywano kradzieży z funduszu operacyjnego.

„Pazerność funków z CBA sięgnęła szczytu. Do prowadzonych przez siebie spraw operacyjnych praktycznie zawsze wnioskowali o nabycie szatni operacyjnych (tzw. szafek). Kupowali do nich najdroższe ubrania, torebki, buty, zegarki i tym podobne. Zdarzały się wypadki, że funkcjonariuszki (oczywiście te, które utrzymywały bliskie relacje z dyrektorami departamentów lub delegatur) kupowały torebki za kilka, kilkanaście tysięcy złotych. Do tego dochodziły inne dodatki do ubioru. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby szatnia ta wykorzystywana była rzeczywiście do prowadzonych spraw. Jednak funkcjonariusze wykorzystywali ją prywatnie. Często nawet wychodzili w służbowych ubraniach do domu” – opowiada.

Szatnia operacyjna, po zakończeniu prowadzonej sprawy, powinna zostać komisyjnie niszczona, jednak takie postępowanie było bardzo rzadkie. Tworzono fikcyjny protokół zniszczenia, a ubrania przechodziły na własność funkcjonariuszy CBA. W niektórych wypadkach chodziło o rzeczy kosztując kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Z szatni operacyjnej korzystały także osoby, które nie wykonywały czynności operacyjnych w terenie, a piastowały stanowiska dyrektorów.

Taki sposób wydawania pieniędzy z FO sprawił, że zaczęło brakować pieniędzy na prowadzenie spraw. Na przykład na taksówki czy spotkania z informatorami.

Demoralizacja w CBA zaszła tak daleko, że funkcjonariusze, aby wypłacać pieniądze z FO zaczęli prowadzić fikcyjne sprawy, wymyślone przez siebie. „W tym celu nagrywali nawet rozmowy między sobą, które następnie byli przedstawiane, jako dowód na popełnienie przestępstwa. Mało tego, rozmowy te podlegały kontroli operacyjnej zatwierdzonej przez sąd” – opowiada informator z CBA.

Nikt z szefostwa CBA nie zastanawiał się, dlaczego tak wiele spraw nie ma skutków procesowych.

O sprawie znikających pieniędzy w funduszu został w 2018 r. poinformowany premier Mateusz Morawiecki. Nie zdecydował się podjąć działań kontrolnych, ani wyciągnąć konsekwencji wobec szefostwa CBA.

Jan Piński

Tomasz Szwejgiert

CBA nie odpowiedziało na żadne pytania dotyczące wydatkowania funduszu operacyjnego.

Pokaż więcej Jan Piński
Pokaż więcej w  Aktualne

Zobacz też

Ile PKN Orlen zarabia na panice wokół koronawirusa

Po wczorajszej wizycie Prezydenta w ORLEN OIL Jedlicze, w której to Prezes ORLEN p. Daniel…